W Niemczech działa stowarzyszenie Prus Zachodnich pn. Westpreußische Gesellschaft – Landsmannschaft Westpreußen e. V., które wydaje m.in. kwartalnik "Westpreußen. Begegnungen mit einer europäischen Kulturregion". Niedawno pojawił się kolejny numer tego czasopisma historyczno-kulturalnego [1. (76.) Jahrgang, Heft 3, Herbst 2024], gdzie na str. 37-38 zamieszczona została recenzja "Krainy wędrujących dworów". Jej autorem jest Arkadiusz Wełniak, dr historii, przedtem pracownik Archiwum Państwowego w Malborku. Tekst oryginały w języku niemieckim - poniżej zamieszczam go w wersji tłumaczonej za pomocą DeepL na język polski, którą to translację musiałem jednak w kilku miejscach skorygować.
= = =
Historiografia miasta Tczewa i jego okolic została ostatnio uzupełniona o nowe, niezwykle cenne wydawnictwo źródłowe zatytułowane: "Kraina wędrujących dworów. Z dziejów Bałdowa, Knybawy i Czyżykowa". Jej autor, Karol Plata-Nalborski, mieszkaniec Tczewa i zaangażowany historyk regionalista, ma już na swoim koncie monografię dziejów masonerii w kilku miejscowościach Kociewia w dawnych Prusach Zachodnich.* Najnowsza publikacja jest pierwszym kompleksowym opracowaniem historii Bałdowa, Knybawy i dawnej wsi Czyżykowo, która leży nad rzeczką "rowem granicznym" Drybok i została włączona w granice administracyjne miasta Tczew w kwietniu 1908 roku. Rozdziały poświęcone Czyżykowu są z pewnością szczególnie interesujące dla byłych i obecnych mieszkańców tej dzielnicy, położonej nad Wisłą i w pobliżu tczewskiego parku miejskiego.
Publikacja koncentruje się na okresie od XVIII wieku do 1945 roku, ale z konieczności kilkakrotnie przenosi czytelnika do średniowiecza, a nawet do czasów nowszych. Opisuje dużą liczbę wydarzeń historycznych i oferuje szereg danych statystycznych; istnieją również odniesienia do wielu lokalnych specyfik, a także informacje o historycznych budynkach, zabytkach i odkryciach archeologicznych w trzech miejscowościach. Ponadto publikacja stanowi istne kompendium namacalnej wiedzy o dawnych mieszkańcach, niezależnie od tego, czy byli narodowości polskiej, niemieckiej, czy też należeli do niewielkiej społeczności żydowskiej. Główny nacisk autor kładzie jednak na aspekty rozwoju gospodarczego i - jak wskazuje już sam tytuł - zmieniającej się struktury własnościowej. Uwzględnia nie tylko właścicieli majątków ziemskich, takich jak rodzina Moellerów z Czyżykowa czy dziedzic Lubraniec-Dąmbski z Knybawy, ale także drobnych rolników, pracowników i rzemieślników. Karol Plata-Nalborski przeprowadził bardzo solidne badania archiwalne i skrupulatnie przeanalizował wszystkie dostępne dokumenty urzędowe i sądowe, od źródeł genealogicznych po katastralne i hipoteczne. W efekcie powstała złożona mikrohistoria poszczególnych gospodarstw i majątków.
Bogactwo szczegółowych informacji i kompleksowość, z jaką są one prezentowane, mogą jednak powodować pewne zamieszanie dla czytelników, ponieważ nadrzędny kontekst jest czasami tracony z pola widzenia. Może to utrudnić lekturę tym, którzy nie są zawodowymi historykami lub nie znają dokładnej topografii opisywanych wsi. Obszerna, przejrzyście zorganizowana i atrakcyjnie zredagowana publikacja Karola Plata-Nalborskiego liczy blisko 700 stron tekstu, który uzupełniają archiwalne mapy, fotografie i grafiki. Na podkreślenie zasługuje również szczegółowa bibliografia oraz imponujący wykaz wykorzystanych źródeł. Już dzięki samemu wykazowi źródeł monografia będzie dużą pomocą dla wszystkich badaczy zajmujących się historią tego regionu, gdyż poprzez uporządkowanie ścieżek archiwalnych i precyzyjne informacje bibliograficzne autor znacznie ułatwił poszukiwania analogicznych informacji o sąsiednich miejscowościach.
-
* Karol Plata-Nalborski: Śladami masonów z Kociewia i okolic. Dzieje lóż wolnomularskich w Starogardzie Gdańskim, Chełmnie, Świeciu i w Tczewie [Auf den Spuren der Freimaurer aus dem Kociewie und der Umgebung. Die Geschichte der Freimaurerlogen in Pr. Stargardt, Kulm, Schwetz und Dirschau], Tczew 2020.
= = =
Dodam, że nie jest to pierwsza recenzja książki i wkrótce pojawi się na Forum treść chronologicznie wcześniejszej, jednakże potrzeba trochę więcej czasu, żeby ją omówić.
Recenzje książki "Kraina wędrujących dworów"
Regulamin forum
1. Treści i załączniki umieszczane w postach mogą być użyte w działalności Dawnego Tczewa przy zachowaniu dbałości o dane wrażliwe.
1. Treści i załączniki umieszczane w postach mogą być użyte w działalności Dawnego Tczewa przy zachowaniu dbałości o dane wrażliwe.
-
Wałasz
- Budnik

- Reakcje:
- Posty: 392
- Rejestracja: 15 lis 2012, o 08:51
- Podziękował;: 490 razy
- Otrzymał podziękowań: 464 razy
- Kontakt:
Re: Recenzje książki "Kraina wędrujących dworów"
Pierwszą recenzję książki napisał prawie pół roku temu nasz Forumowicz, dr Michał Kargul. Opublikował ją 29 maja 2024 r. na swoim profilu FB. Recenzja jest bardzo merytoryczna i dlatego za zgodą Autora pozwalam ją sobie wkleić w całości poniżej.
Właśnie zakończyłem lekturę książki Karola Plata-Nalborskiego „Kraina wędrujących dworów. Z dziejów Bałdowa, Knybawy i Czyżykowa”. No i dawno żadna książka nie wzbudziła u mnie tyle ambiwalentnych uczuć. Zacząć należy jednak od gratulacji dla Autora, który przeprowadził imponującą kwerendę źródłową, docierając do wielu niezwykle cennych informacji dotyczących dziejów tych trzech miejscowości. I słowo imponująca nie jest tu przesadą, bo jak mawiano u nas na studiach: „materiału tu na trzy doktoraty”.
Stąd publikacja Karola Plata-Nalborskiego to niezwykle cenne omówienie potężnego zasobu źródeł dotyczących zwłaszcza XIX i XX wiecznych dziejów krainy nad dolnym Drybokiem. Zwłaszcza w kontekście historii poszczególnych posesji, czy wręcz budynków „Kraina wędrujących dworów”, to istna biblia dla każdego pasjonata lokalnej historii. Autor niezwykle skrupulatnie wykorzystał tu szeroki zasób źródeł administracyjnych i sądowych, by szczegółowo opisać tak historię poszczególnych właścicieli danych posesji, jak i same dzieje podziałów i układów właścicielskich w obrębie poszczególnych miejscowości. Historykowi, czy pasjonatowi lokalnych dziejów, wręcz cieszą się oczy, gdy może prześledzić, najczęściej w przekroju dwóch stuleci dzieje poszczególnych zakątków czy gospodarstw w każdej ze wsi. Stąd pod tym kątem jest to wręcz lektura obowiązkowa dla każdego pasjonata historii Tczewa i podtczewskich wsi na południe od miasta. A tak, jak sam Autor celnie zauważył w podsumowaniu swojej pracy, jego wysiłek jest też ogromnym ułatwieniem dla kolejnych badaczy zajmujących się okolicami Tczewa. Przecierając archiwalne ścieżki i zamieszczając precyzyjne informacje bibliograficzne, szalenie uprościł bowiem poszukiwania analogicznych informacji o sąsiednich miejscowościach. Gdyż najczęściej będą one na kolejnych kartach przysłowiowych archiwalnych teczek, z których korzystał Karol Plata-Nalborski. Temuż jeszcze raz należy to podkreślić, że czapki z głów i Autorowi należy się wielkie uznanie za ogromny wkład pracy i jego finalizację w postaci tej książki.
Niestety jednak wspomniana ambiwalencja towarzyszyła mi w trakcie lektury nie bez powodu. To nie jest dobrze napisana książka. Żebym był dobrze zrozumiany: nie deprecjonuje tu ani włożonej pracy, ani wiarygodności, czy ilości przytaczanych źródeł. Chodzi tu o warstwę piśmienniczo-narracyjną. Mówiąc nieco obrazowo, jak na zbiór źródeł to mamy tu za mało tabelek i cytatów, a jak na publikację narracyjną, jest ich o wiele za dużo. Jestem historykiem gospodarczym, a autor koncentruje się na tematyce, która w dużej mierze jest tematem moich zainteresowań i…. Momentami się gubiłem w tym o czym Autor pisze. Ilość szczegółowych informacji prawno-własnościowych i sposób ich podania jest tak nieprzejrzysty i przeładowany szczegółowymi danymi, że współczuję każdemu niehistorykowi, który sięga po tę książkę, po to by poznać historię Bałdowa, czy Czyżykowa. Będzie mu bowiem ciężko przez nią przebrnąć. I nie jest przesadą stwierdzenie, że bez rozrysowania sobie przedstawianych faktów i zerkania co parę minut w mapę, trudno w pełni przyswoić sobie informacje, które Autor, w ogromnej ilości nam tu przytacza. Zabrakło tu chyba odpowiednio asertywnego redaktora, który by potrafił go nakłonić do jakiejś hierarchizacji przytaczanych informacji i takiego ich zredagowania, by nie tracąc bogactwa danych, było to po prostu przystępniej podane.
Kolejna rzecz. Bardzo nie lubię popularnej maniery wielu recenzentów, którzy krytykują autora tej czy innej publikacji za to, że napisał książkę według swojej koncepcji, a nie taką, jaka marzyła mi się recenzentowi. Dlatego jestem bardzo ostrożny w gromieniu Autora za taki, a nie inny wybór zakresu interesujących go tematów z dziejów tytułowych miejscowości. Bez żadnego oporu przyjmuje do wiadomości, że z całego obszaru historii wszelakiej Karol Plata-Nalborski postanowił się skoncentrować na historii własnościowo-gospodarczej opisywanych wsi. Tytuł pracy zresztą jasno sugeruje co tu jest w centrum zainteresowania Autora, nawet jak nie jest to jasno zaznaczone w samym tekście. Dlatego nie robię tu zasadniczego zarzutu z faktu, że brakuje w tej publikacji opisu życia społecznego (zwłaszcza w XIX i XX wieku). Nie mniej jest to pewien dysonans, że w tak obszernej pracy, ważne wydarzenia, tak w skali lokalnej, jak i globalnej, są jedynie wspominane przy okazji ich wpływu na zmiany własnościowe. A jakieś „obrazki z życia codziennego” pojawiają się niezwykle rzadko i chyba dość przypadkowo.
Istotniejszym punktem do dyskusji, jak dla mnie, jest to, że zabrakło tu pomysłu na trzymanie się ustalonego zakresu pracy. Tak czasowego, jak i problemowego. I mniejszy problem jest tu z odleglejszą przeszłością, bo tu niejako horyzont czasowy i merytoryczny wyznaczają dostępne źródła. Ale jaka jest końcowa granica tego opracowania to naprawdę trudno zgadnąć. Niby mamy informację, że Autor skupia się na historii do końca II wojny światowej, ale praktycznie za każdym przekracza tę linię, dochodząc nawet do współczesności. Co, paradoksalnie zwiększa odczucie niedosytu, czy wręcz irytacji, gdy obszernie opisując przemiany własnościowe w takim międzywojniu praktycznie milczeniem zbywa cały rozległy proces stawania się takiego Czyżykowa częścią miasta i zachodzącymi tu przemianami społecznymi. Czego kapitalnym przykładem jest na przykład fragment wspomnień (przytaczanej parukrotnie) Anny Łajming, dotyczącej wyboru przez nią mieszkania w budującej się kamienicy na Bałdowskiej. Tylko, że jest on całkowicie wyprany z kontekstu tak podejmowania decyzji o zamieszkaniu „w szczerym polu na obrzeżach miasta”, jak późniejszej egzystencji kaszubskiej pisarki w tej lokalizacji. Jakby to sam akt kupna był tu najważniejszą, czy wręcz jedyną godnym przytoczenia informacją w tej sprawie. Gdy tymczasem w jej wspomnieniach przy tej okazji jest mnóstwo „historycznego mięsa” mogącego dać bardzo ciekawy i poszerzający naszą wiedzę kontekst rozbudowy Tczewa w tym rejonie. Pisząc krótko, pogłębia to odczucie trudności lektury, gdzie spod zalewu informacji o spadkach, sprzedażach, kredytach i licytacjach trudno momentami się zorientować do takiego w tej Knybawie, czy Czyżykowie się działo i jak wyglądało tam życie zwykłych ludzi w danym okresie.
Nie mniej przyjmując nawet z dobrodziejstwem inwentarza te wybory Autora, to jednak należy mu postawić jeden mocny zarzut: gdzieś w swoich wywodach zgubił Wisłę. Mamy tu niby jakieś informacje, tak o samej rzece, jak i związanym z nią życiem: w kontekście gospód, cegielni itd., ale nawet jak weźmiemy pod uwagę tylko wątki prawno-własnościowe, to jednak brakuje nam informacji o wpływie życia nad rzeką na tego typu miejscowości, problemy graniczne związane z wylewami i zmianami nurtu, historii przepraw, rybactwa czy w końcu mostu łyżwowego w XIX wieku (który pojawia się nieco deus ex machina przy okazji całkiem innych rozważań). Jakby ukoronowaniem tego swoistego przemilczenia wiślanych kontekstów jest traktowanie przez Autora bardzo precyzyjnej i popularnej w naszym regionie nazwy terenu zalewowego „bursztych” tylko jako nazwy własnej, co zmienia w paru miejscach wydźwięk źródeł. I to zepchnięcie Wisły na bardzo daleki plan należy potraktować jako spore niedociągnięcie, bo co najmniej do ostatnich dekad XIX wieku to właśnie sąsiedztwo wielkiej rzeki miało przemożny wpływ, zwłaszcza na życie w Knybawie i Czyżykowie.
Notabene takich różnych nieprecyzyjnych tłumaczeń czy interpretacji pojęciowych jest w tej pracy jeszcze kilka. Jednak jako stary dyslektyk kiepski jestem w wyławianiu tego typu omyłek i jako istotny zanotowałem tylko jeden tego typu błąd: przetłumaczenia Landschaftdirektora (właściciela Czyżykowa Józefa Łukowicza), jako „dyrektora krajobrazu”. Nie wiem jakim cudem Autor i korektorzy to przegapili, ale przecież od razu widać tu jakiś zgrzyt, a dwie minuty googlania wyjawiłyby, że chodzi o dyrektora Ziemstwa Kredytowego – istniejącej w Prusach instytucji kredytowej dla ziemian stworzonej w czasach Fryderyka Wielkiego.
Nie mniej… Nie chcę tu się szerzej rozpisywać na temat moich obiekcji wobec tej publikacji, kończąc je jedynie stwierdzeniem, że poważny recenzent, nawet życzliwy, miał by tu spore pole do popisu. Jako regionalistę, historyka i pasjonata lokalnej historii, cieszy mnie, że ta książka wyszła, bo mimo wszelkich niedociągnięć jest owocem naprawdę imponującej pracy i dostarcza nam niezwykle obszernej i unikalnej wiedzy na temat naszej małej ojczyzny. Wywody autora są poparte wieloma, ciekawymi i obszernymi wyimkami ze źródeł. Niezwykle mocną stroną są analizy kartograficzne i porównania fragmentów map historycznych z obecnym stanem rzeczy. W zakresie przemian własnościowo-przestrzennych jest to niezwykle ciekawe studium przypadku głębokości i dynamiki zmian jakie zaszły od końca XVIII do połowy XX wieku. Temuż polecam tę pracę każdemu zainteresowanemu historią nadwiślańskiego Kociewia, z tym jednak zastrzeżeniem, że nie jest to lekka i przyjemna lektura. A Autorowi i wydawcom należą się wielkie gratulacje!
Link do recenzji MK wraz z komentarzami: https://www.facebook.com/permalink.php? ... 8143063346
Właśnie zakończyłem lekturę książki Karola Plata-Nalborskiego „Kraina wędrujących dworów. Z dziejów Bałdowa, Knybawy i Czyżykowa”. No i dawno żadna książka nie wzbudziła u mnie tyle ambiwalentnych uczuć. Zacząć należy jednak od gratulacji dla Autora, który przeprowadził imponującą kwerendę źródłową, docierając do wielu niezwykle cennych informacji dotyczących dziejów tych trzech miejscowości. I słowo imponująca nie jest tu przesadą, bo jak mawiano u nas na studiach: „materiału tu na trzy doktoraty”.
Stąd publikacja Karola Plata-Nalborskiego to niezwykle cenne omówienie potężnego zasobu źródeł dotyczących zwłaszcza XIX i XX wiecznych dziejów krainy nad dolnym Drybokiem. Zwłaszcza w kontekście historii poszczególnych posesji, czy wręcz budynków „Kraina wędrujących dworów”, to istna biblia dla każdego pasjonata lokalnej historii. Autor niezwykle skrupulatnie wykorzystał tu szeroki zasób źródeł administracyjnych i sądowych, by szczegółowo opisać tak historię poszczególnych właścicieli danych posesji, jak i same dzieje podziałów i układów właścicielskich w obrębie poszczególnych miejscowości. Historykowi, czy pasjonatowi lokalnych dziejów, wręcz cieszą się oczy, gdy może prześledzić, najczęściej w przekroju dwóch stuleci dzieje poszczególnych zakątków czy gospodarstw w każdej ze wsi. Stąd pod tym kątem jest to wręcz lektura obowiązkowa dla każdego pasjonata historii Tczewa i podtczewskich wsi na południe od miasta. A tak, jak sam Autor celnie zauważył w podsumowaniu swojej pracy, jego wysiłek jest też ogromnym ułatwieniem dla kolejnych badaczy zajmujących się okolicami Tczewa. Przecierając archiwalne ścieżki i zamieszczając precyzyjne informacje bibliograficzne, szalenie uprościł bowiem poszukiwania analogicznych informacji o sąsiednich miejscowościach. Gdyż najczęściej będą one na kolejnych kartach przysłowiowych archiwalnych teczek, z których korzystał Karol Plata-Nalborski. Temuż jeszcze raz należy to podkreślić, że czapki z głów i Autorowi należy się wielkie uznanie za ogromny wkład pracy i jego finalizację w postaci tej książki.
Niestety jednak wspomniana ambiwalencja towarzyszyła mi w trakcie lektury nie bez powodu. To nie jest dobrze napisana książka. Żebym był dobrze zrozumiany: nie deprecjonuje tu ani włożonej pracy, ani wiarygodności, czy ilości przytaczanych źródeł. Chodzi tu o warstwę piśmienniczo-narracyjną. Mówiąc nieco obrazowo, jak na zbiór źródeł to mamy tu za mało tabelek i cytatów, a jak na publikację narracyjną, jest ich o wiele za dużo. Jestem historykiem gospodarczym, a autor koncentruje się na tematyce, która w dużej mierze jest tematem moich zainteresowań i…. Momentami się gubiłem w tym o czym Autor pisze. Ilość szczegółowych informacji prawno-własnościowych i sposób ich podania jest tak nieprzejrzysty i przeładowany szczegółowymi danymi, że współczuję każdemu niehistorykowi, który sięga po tę książkę, po to by poznać historię Bałdowa, czy Czyżykowa. Będzie mu bowiem ciężko przez nią przebrnąć. I nie jest przesadą stwierdzenie, że bez rozrysowania sobie przedstawianych faktów i zerkania co parę minut w mapę, trudno w pełni przyswoić sobie informacje, które Autor, w ogromnej ilości nam tu przytacza. Zabrakło tu chyba odpowiednio asertywnego redaktora, który by potrafił go nakłonić do jakiejś hierarchizacji przytaczanych informacji i takiego ich zredagowania, by nie tracąc bogactwa danych, było to po prostu przystępniej podane.
Kolejna rzecz. Bardzo nie lubię popularnej maniery wielu recenzentów, którzy krytykują autora tej czy innej publikacji za to, że napisał książkę według swojej koncepcji, a nie taką, jaka marzyła mi się recenzentowi. Dlatego jestem bardzo ostrożny w gromieniu Autora za taki, a nie inny wybór zakresu interesujących go tematów z dziejów tytułowych miejscowości. Bez żadnego oporu przyjmuje do wiadomości, że z całego obszaru historii wszelakiej Karol Plata-Nalborski postanowił się skoncentrować na historii własnościowo-gospodarczej opisywanych wsi. Tytuł pracy zresztą jasno sugeruje co tu jest w centrum zainteresowania Autora, nawet jak nie jest to jasno zaznaczone w samym tekście. Dlatego nie robię tu zasadniczego zarzutu z faktu, że brakuje w tej publikacji opisu życia społecznego (zwłaszcza w XIX i XX wieku). Nie mniej jest to pewien dysonans, że w tak obszernej pracy, ważne wydarzenia, tak w skali lokalnej, jak i globalnej, są jedynie wspominane przy okazji ich wpływu na zmiany własnościowe. A jakieś „obrazki z życia codziennego” pojawiają się niezwykle rzadko i chyba dość przypadkowo.
Istotniejszym punktem do dyskusji, jak dla mnie, jest to, że zabrakło tu pomysłu na trzymanie się ustalonego zakresu pracy. Tak czasowego, jak i problemowego. I mniejszy problem jest tu z odleglejszą przeszłością, bo tu niejako horyzont czasowy i merytoryczny wyznaczają dostępne źródła. Ale jaka jest końcowa granica tego opracowania to naprawdę trudno zgadnąć. Niby mamy informację, że Autor skupia się na historii do końca II wojny światowej, ale praktycznie za każdym przekracza tę linię, dochodząc nawet do współczesności. Co, paradoksalnie zwiększa odczucie niedosytu, czy wręcz irytacji, gdy obszernie opisując przemiany własnościowe w takim międzywojniu praktycznie milczeniem zbywa cały rozległy proces stawania się takiego Czyżykowa częścią miasta i zachodzącymi tu przemianami społecznymi. Czego kapitalnym przykładem jest na przykład fragment wspomnień (przytaczanej parukrotnie) Anny Łajming, dotyczącej wyboru przez nią mieszkania w budującej się kamienicy na Bałdowskiej. Tylko, że jest on całkowicie wyprany z kontekstu tak podejmowania decyzji o zamieszkaniu „w szczerym polu na obrzeżach miasta”, jak późniejszej egzystencji kaszubskiej pisarki w tej lokalizacji. Jakby to sam akt kupna był tu najważniejszą, czy wręcz jedyną godnym przytoczenia informacją w tej sprawie. Gdy tymczasem w jej wspomnieniach przy tej okazji jest mnóstwo „historycznego mięsa” mogącego dać bardzo ciekawy i poszerzający naszą wiedzę kontekst rozbudowy Tczewa w tym rejonie. Pisząc krótko, pogłębia to odczucie trudności lektury, gdzie spod zalewu informacji o spadkach, sprzedażach, kredytach i licytacjach trudno momentami się zorientować do takiego w tej Knybawie, czy Czyżykowie się działo i jak wyglądało tam życie zwykłych ludzi w danym okresie.
Nie mniej przyjmując nawet z dobrodziejstwem inwentarza te wybory Autora, to jednak należy mu postawić jeden mocny zarzut: gdzieś w swoich wywodach zgubił Wisłę. Mamy tu niby jakieś informacje, tak o samej rzece, jak i związanym z nią życiem: w kontekście gospód, cegielni itd., ale nawet jak weźmiemy pod uwagę tylko wątki prawno-własnościowe, to jednak brakuje nam informacji o wpływie życia nad rzeką na tego typu miejscowości, problemy graniczne związane z wylewami i zmianami nurtu, historii przepraw, rybactwa czy w końcu mostu łyżwowego w XIX wieku (który pojawia się nieco deus ex machina przy okazji całkiem innych rozważań). Jakby ukoronowaniem tego swoistego przemilczenia wiślanych kontekstów jest traktowanie przez Autora bardzo precyzyjnej i popularnej w naszym regionie nazwy terenu zalewowego „bursztych” tylko jako nazwy własnej, co zmienia w paru miejscach wydźwięk źródeł. I to zepchnięcie Wisły na bardzo daleki plan należy potraktować jako spore niedociągnięcie, bo co najmniej do ostatnich dekad XIX wieku to właśnie sąsiedztwo wielkiej rzeki miało przemożny wpływ, zwłaszcza na życie w Knybawie i Czyżykowie.
Notabene takich różnych nieprecyzyjnych tłumaczeń czy interpretacji pojęciowych jest w tej pracy jeszcze kilka. Jednak jako stary dyslektyk kiepski jestem w wyławianiu tego typu omyłek i jako istotny zanotowałem tylko jeden tego typu błąd: przetłumaczenia Landschaftdirektora (właściciela Czyżykowa Józefa Łukowicza), jako „dyrektora krajobrazu”. Nie wiem jakim cudem Autor i korektorzy to przegapili, ale przecież od razu widać tu jakiś zgrzyt, a dwie minuty googlania wyjawiłyby, że chodzi o dyrektora Ziemstwa Kredytowego – istniejącej w Prusach instytucji kredytowej dla ziemian stworzonej w czasach Fryderyka Wielkiego.
Nie mniej… Nie chcę tu się szerzej rozpisywać na temat moich obiekcji wobec tej publikacji, kończąc je jedynie stwierdzeniem, że poważny recenzent, nawet życzliwy, miał by tu spore pole do popisu. Jako regionalistę, historyka i pasjonata lokalnej historii, cieszy mnie, że ta książka wyszła, bo mimo wszelkich niedociągnięć jest owocem naprawdę imponującej pracy i dostarcza nam niezwykle obszernej i unikalnej wiedzy na temat naszej małej ojczyzny. Wywody autora są poparte wieloma, ciekawymi i obszernymi wyimkami ze źródeł. Niezwykle mocną stroną są analizy kartograficzne i porównania fragmentów map historycznych z obecnym stanem rzeczy. W zakresie przemian własnościowo-przestrzennych jest to niezwykle ciekawe studium przypadku głębokości i dynamiki zmian jakie zaszły od końca XVIII do połowy XX wieku. Temuż polecam tę pracę każdemu zainteresowanemu historią nadwiślańskiego Kociewia, z tym jednak zastrzeżeniem, że nie jest to lekka i przyjemna lektura. A Autorowi i wydawcom należą się wielkie gratulacje!
Link do recenzji MK wraz z komentarzami: https://www.facebook.com/permalink.php? ... 8143063346
- Ocena: 25%
-
Wałasz
- Budnik

- Reakcje:
- Posty: 392
- Rejestracja: 15 lis 2012, o 08:51
- Podziękował;: 490 razy
- Otrzymał podziękowań: 464 razy
- Kontakt:
Re: Recenzje książki "Kraina wędrujących dworów"
Jestem ogromnie wdzięczny Michałowi Kargulowi za napisanie bardzo szczerej, wyważonej i obiektywnej recenzji. Z zasadniczą jej linią się zgadzam, co nie znaczy, że nie mam pewnych zastrzeżeń odnośnie niektórych uwag i zarzutów. Chciałbym właśnie w tych kilku aspektach złożyć wyjaśnienia.
Może tak - nie do końca się zgodzę się, że schemat przedstawienia zagadnień i problemów w monografii jest zły - wydaje się jednak, że odrębne potraktowanie zarysu dziejów, architektury i budownictwa, statystyk i biogramów ma uzasadnienie. Również rozpiska podrozdziałów jako odpowiedników majątków hipotecznych (oraz ich przekształceń) czy np. zabytków wydaje mi się wciąż najbardziej właściwa. Naprawdę nie wiem, jak trzeba byłoby to zrobić inaczej i też nikt mi nie podsunął konkretnego pomysłu. W tym aspekcie zresztą również A. Wełniak nie miał zastrzeżeń, pisząc o przejrzystym zorganizowaniu publikacji.
Natomiast rzeczywiście - problematyczne jest samo przeładowanie danych, w szczególności w sekcji opisu dziejów (najbardziej obszernej zresztą). Niezwykłym wyzwaniem było dla mnie samo opanowanie tego wszystkiego. Przy tak ogromnej ilości informacji źródłowych, jakie się miało do dyspozycji i nad którymi trzeba było "zapanować", można się zastanawiać, co jest istotne a co nie i jak to ze sobą zestawić, żeby czytelnik mógł się po tym sprawnie poruszać. Próba tworzenia tabel nie rozwiązała jak widać tego problemu. Co więcej, wielokrotnie pojawiały się liczne wątki poboczne, które podważały sens robienia takich tabel. Chyba że każdy podrozdział miałby np. część tabelaryczną i tzw. ciekawostki uporządkowane chronologicznie. Póki co, analizując własną pracę stwierdzam, iż dla zapewnienia większej przejrzystości prawdopodobnie jedyną metodą musiałaby być m.in. rezygnacja z części wątków, przejawiająca się np. w uproszczeniu dat (do roku) i braku rozróżnień na datę czynności prawnej i rejestracji w księdze wieczystej. Choć i tu można by napotkać na pewne dylematy, bo przecież zgodnie z prawem wpis do księgi miał charakter konstytutywny, tj. był obowiązkowy dla stwierdzenia zmiany własności, ale sporo mieliśmy przypadków, gdy przez lata od zawarcia umów zmian w Wydziale Ksiąg Wieczystych nie zgłaszano.
Wciąż też nierozwiązanym dla mnie dylematem jest sposób przedstawienia danych statystycznych z poszczególnych lat oraz tych informacji prasowych, które nie wykazywały związku z opisywanymi posiadłościami.
- str. 21: "Książka obejmuje szeroki zakres dziejów: od średniowiecza aż do połowy XX w. Omówiono również okres powojenny, lecz tylko w ogólnym zarysie, gdyż wymaga on tak naprawdę odrębnych opracowań, co leży już poza obszarem zainteresowań i możliwości autora."
- str. 701: "Fakt, że okres powojenny, a zwłaszcza od lat 60. XX w. do współczesności, został potraktowany w sposób ogólny wynika z tego, iż znacznie łatwiej napisać jest historię najnowszą niż od średniowiecza do czasów okupacji."
- tylna część okładki: "Obejmuje głównie okres od XIII w. do lat 60. XX w., w nieznacznym stopniu zahaczając też o czasy późniejsze."
"Pierwsza tak wszechstronna publikacja historyczna, wykorzystująca nieznane lub pomijane dotąd źródła."
jest zdecydowanie na wyrost. Należałoby usunąć z niego określenie "wszechstronna", chyba że podejdziemy do tego na zasadzie "reklama dźwignią handlu". Po drugie, jeśli zacytować fragment wstępu ze str. 21:
"Zamierzeniem autora jest prezentacja historii Bałdowa, Knybawy i Czyżykowa w jak najszerszym zakresie, włączając w to także wątki architektury i budownictwa, a także – w ograniczonym stopniu – genealogię i wybrane biogramy."
to można raczej dojść do wniosku, że nie jest to publikacja historyczna w bardzo szerokim zakresie, lecz monografia łącząca wybrane aspekty dziejów miejscowości (w tym hipoteczno-katastralne) z wątkami architektoniczno-budowlano-konserwatorskimi i genealogicznymi.
1. Publikacja zamknęła się w 724 stronach i to przy zastosowaniu pewnych ustępstw, np. rezygnacji z odstępów 1,5 linii na rzecz pojedynczych, a także zmniejszenie rozmiaru czcionki Calibri z 11-tki do 10,5, a w przypisach z 10-tki do 9-tki. Proszę sobie wyobrazić, jak duża musiałoby to być praca, gdyby chcieć w niej uwzględnić inne wątki. A przecież tu w grę wchodzą koszty i ograniczone zasoby finansowe nawet przy wsparciu instytucji samorządowych Można by oczywiście podnieść kwestię, dlaczego opisuję problematykę dworów szlacheckich i siedzib rycerskich, a pomijam wątek wsi nadwiślańskich i życia społecznego? Pewnie dlatego, że raz - dworki stanowią moją pasję, a dwa - brakuje dogłębnego omówienia tematyki siedzib dworskich (zwłaszcza poszlacheckich) dla obszaru Pomorza Gdańskiego. Choć teraz dostrzegam, iż rozdział musiałby zostać ponownie zredagowany i w kilku obszarach skorygowany, nie żałuję podjęcia tych wątków, nawet kosztem innych dziedzin.
2. Mając świadomość, że same dzieje nieruchomości zostawiają spory niedosyt odnośnie całego otoczenia, jednocześnie biorąc pod wzgląd ogrom danych gruntowych do opracowania i ograniczenia w liczbie stron publikacji, zdecydowałem się pójść poniekąd na łatwiznę i odesłać Czytelnika w niektórych obszarach do literatury przedmiotu. Mowa o tym wyraźnie we wstępie, gdzie podane są źródła (s. 24-25). Książka obejmuje bowiem szeroki przekrój czasowy - gdyby chcieć jeszcze opatrywać to szerokim komentarzem, to po pierwsze zajęłoby to dodatkowe miesiące na studiowanie, to jeszcze zwiększyłoby i tak opasłą już publikację. Mimo uwag Michała Kargula nie jestem przekonany do takich uzupełnień w tym konkretnie przypadku, ale doszedłem do wniosku, że w ramach rekompensaty powinienem rozszerzyć literaturę tematyczną, do której odsyłam zainteresowanego Czytelnika. W pierwszej kolejności powinno to objąć wspomnianą przez Autora recenzji Wisłę, czy bardziej precyzyjnie - specyfikę wsi nadwiślańskich. Jak przypuszczam - nie będzie tu - pomijając wątki cegielni czy prawnej strony dóbr rycerskich - aż tak dużej różnicy między Czatkowami a Knybawą czy Gorzędziejem. Problem leży w tym, iż nie znalazłem monografii, stricte omawiającej wątki, które M. Kargul wymienił. Jest np. pozycja prof. Tomasza Krzemińskiego, ale odnosząca się do mniejszych miast Pomorza Nadwiślańskiego z przełomu XIX/XX w., a nie do wsi. Być może w poszczególnych tomach "Historii Pomorza" coś by się znalazło. Za wszelkie podpowiedzi będę wdzięczny.
3. Książkę-cegłę o Bałdowie, Knybawie i Czyżykowie, która koncentruje się na tematyce historycznej oraz budowlano-konserwatorskiej, napisała jedna osoba, która do tego nie jest z wykształcenia ani historykiem, ani architektem czy inżynierem budownictwa, nie wspominając o konserwatorstwie. Kilkusetstronicową "Historię Tczewa" z 1998 r. przygotowała grupa profesjonalnych historyków-naukowców z Wiesławem Długokęckim na czele. Tak samo tomy "Historii Gdańska" pod redakcją prof. Edmunda Cieślaka pisali w latach 1978-1993 specjaliści od różnych dziedzin (w tym prof. J. Stankiewicz - historyk architektury i konserwator zabytków). Nie inaczej jest przy aktualnie prowadzonym projekcie Muzeum Gdańska pn. "Historia Gdańskich Dzielnic", gdzie w ramach poszczególnych tomów publikowane są teksty tematyczne osób o bardzo zróżnicowanej specjalizacji.
Czy tak właśnie nie powinno być u nas - w kolejnych większych publikacjach, o szerokiej tematyce dotyczącej historii Tczewa i okolicznych miejscowości? Czy właśnie praca zbiorowa nie byłaby pożądanym kierunkiem? Moim zdaniem tak i z pewnością rezultat tego rodzaju współdziałania byłby znacznie lepszy i pozbawiony opisywanych mankamentów. Wykorzystując bowiem potencjał naszych kompetentnych historyków, np. takich jak dr Michał Kargul, dr Marcin Kłodziński czy dr Krzysztof Korda i innych osób (ze środowiskowa naukowego oraz pasjonatów), które wyraziłyby zainteresowanie, w połączeniu np. z moimi badaniami historycznymi nieruchomości, mogłoby powstać znacznie bardziej profesjonalnie przygotowane opracowanie.
Odrębna sprawa to zebranie zespołu, ustalenie i trzymanie się harmonogramu prac oraz sfinansowanie takiego przedsięwzięcia, ale może to jest coś, nad czym należałoby się pochylić, biorąc za przykład chociażby praktyki miasta Gdańska czy Tczewa za czasów prezydentury Zenona Odyi.
PS. Takie recenzje jak Arkadiusza Wełniaka czy Michała Kargula bardzo pomagają, jeśli autor ocenianej publikacji pozostaje otwarty na argumenty. Pozwalają na wskazanie słabych punktów i ich poprawę albo nawet uwzględnienie w przyszłości przy okazji innej pracy. A piszę o tym nie przez przypadek, bo są też takie podejścia niektórych środowisk, gdzie można dostać multum minusów (bez konkretnej opinii) już za sam fakt, że się publikację wydało. Najbardziej jaskrawy przykład to ogłoszenie na Tczewska.pl ("Wędrujące dwory Kociewia"), gdzie książka dostała niemal same kciuki w dół jeszcze zanim weszła do sprzedaży.

W sumie tą kwestię, tyle że nieco bardziej łagodnie, podniósł też (jako jedyny zarzut) w swej bardzo przychylnej recenzji wspomniany w pierwszym poście dr Arkadiusz Wełniak. Ze swojej strony mogę stwierdzić jedynie pewną bezradność. Wracam od czasu do czasu do lektury wybranych fragmentów swojej książki celem przygotowania erraty redakcyjnej (po wyprzedaniu się nakładu w przyszłości pewnie opublikowany zostanie PDF po korekcie). Zastanawiam się, czy nie można było napisać czegoś lepiej, a jeśli tak, to w jaki sposób? I pytanie takie napotyka na przysłowiowy mur wewnętrznej ciszy, zwłaszcza że mam osobowość tzw. szczególarską, bardziej koncentrującą się na drzewach niż na lesie.Michał pisze:To nie jest dobrze napisana książka. Żebym był dobrze zrozumiany: nie deprecjonuje tu ani włożonej pracy, ani wiarygodności, czy ilości przytaczanych źródeł. Chodzi tu o warstwę piśmienniczo-narracyjną. Mówiąc nieco obrazowo, jak na zbiór źródeł to mamy tu za mało tabelek i cytatów, a jak na publikację narracyjną, jest ich o wiele za dużo. (...) Momentami się gubiłem w tym o czym Autor pisze. Ilość szczegółowych informacji prawno-własnościowych i sposób ich podania jest tak nieprzejrzysty i przeładowany szczegółowymi danymi, że współczuję każdemu niehistorykowi, który sięga po tę książkę (...). Będzie mu bowiem ciężko przez nią przebrnąć. I nie jest przesadą stwierdzenie, że bez rozrysowania sobie przedstawianych faktów i zerkania co parę minut w mapę, trudno w pełni przyswoić sobie informacje, które Autor, w ogromnej ilości nam tu przytacza. Zabrakło tu chyba odpowiednio asertywnego redaktora, który by potrafił go nakłonić do jakiejś hierarchizacji przytaczanych informacji i takiego ich zredagowania, by nie tracąc bogactwa danych, było to po prostu przystępniej podane.
Może tak - nie do końca się zgodzę się, że schemat przedstawienia zagadnień i problemów w monografii jest zły - wydaje się jednak, że odrębne potraktowanie zarysu dziejów, architektury i budownictwa, statystyk i biogramów ma uzasadnienie. Również rozpiska podrozdziałów jako odpowiedników majątków hipotecznych (oraz ich przekształceń) czy np. zabytków wydaje mi się wciąż najbardziej właściwa. Naprawdę nie wiem, jak trzeba byłoby to zrobić inaczej i też nikt mi nie podsunął konkretnego pomysłu. W tym aspekcie zresztą również A. Wełniak nie miał zastrzeżeń, pisząc o przejrzystym zorganizowaniu publikacji.
Natomiast rzeczywiście - problematyczne jest samo przeładowanie danych, w szczególności w sekcji opisu dziejów (najbardziej obszernej zresztą). Niezwykłym wyzwaniem było dla mnie samo opanowanie tego wszystkiego. Przy tak ogromnej ilości informacji źródłowych, jakie się miało do dyspozycji i nad którymi trzeba było "zapanować", można się zastanawiać, co jest istotne a co nie i jak to ze sobą zestawić, żeby czytelnik mógł się po tym sprawnie poruszać. Próba tworzenia tabel nie rozwiązała jak widać tego problemu. Co więcej, wielokrotnie pojawiały się liczne wątki poboczne, które podważały sens robienia takich tabel. Chyba że każdy podrozdział miałby np. część tabelaryczną i tzw. ciekawostki uporządkowane chronologicznie. Póki co, analizując własną pracę stwierdzam, iż dla zapewnienia większej przejrzystości prawdopodobnie jedyną metodą musiałaby być m.in. rezygnacja z części wątków, przejawiająca się np. w uproszczeniu dat (do roku) i braku rozróżnień na datę czynności prawnej i rejestracji w księdze wieczystej. Choć i tu można by napotkać na pewne dylematy, bo przecież zgodnie z prawem wpis do księgi miał charakter konstytutywny, tj. był obowiązkowy dla stwierdzenia zmiany własności, ale sporo mieliśmy przypadków, gdy przez lata od zawarcia umów zmian w Wydziale Ksiąg Wieczystych nie zgłaszano.
Wciąż też nierozwiązanym dla mnie dylematem jest sposób przedstawienia danych statystycznych z poszczególnych lat oraz tych informacji prasowych, które nie wykazywały związku z opisywanymi posiadłościami.
Ta sprawa akurat została wyjaśniona we wstępie i podsumowaniu książki oraz opisie jej okładki.Michał pisze:Istotniejszym punktem do dyskusji, jak dla mnie, jest to, że zabrakło tu pomysłu na trzymanie się ustalonego zakresu pracy. Tak czasowego, jak i problemowego. I mniejszy problem jest tu z odleglejszą przeszłością, bo tu niejako horyzont czasowy i merytoryczny wyznaczają dostępne źródła. Ale jaka jest końcowa granica tego opracowania to naprawdę trudno zgadnąć. Niby mamy informację, że Autor skupia się na historii do końca II wojny światowej, ale praktycznie za każdym przekracza tę linię, dochodząc nawet do współczesności.
- str. 21: "Książka obejmuje szeroki zakres dziejów: od średniowiecza aż do połowy XX w. Omówiono również okres powojenny, lecz tylko w ogólnym zarysie, gdyż wymaga on tak naprawdę odrębnych opracowań, co leży już poza obszarem zainteresowań i możliwości autora."
- str. 701: "Fakt, że okres powojenny, a zwłaszcza od lat 60. XX w. do współczesności, został potraktowany w sposób ogólny wynika z tego, iż znacznie łatwiej napisać jest historię najnowszą niż od średniowiecza do czasów okupacji."
- tylna część okładki: "Obejmuje głównie okres od XIII w. do lat 60. XX w., w nieznacznym stopniu zahaczając też o czasy późniejsze."
No właśnie. Po tych i dalszych uwagach doszedłem po pierwsze do wniosku, że napis w filmie promocyjnym:Michał pisze:Bez żadnego oporu przyjmuje do wiadomości, że z całego obszaru historii wszelakiej Karol Plata-Nalborski postanowił się skoncentrować na historii własnościowo-gospodarczej opisywanych wsi. Tytuł pracy zresztą jasno sugeruje co tu jest w centrum zainteresowania Autora, nawet jak nie jest to jasno zaznaczone w samym tekście.
"Pierwsza tak wszechstronna publikacja historyczna, wykorzystująca nieznane lub pomijane dotąd źródła."
jest zdecydowanie na wyrost. Należałoby usunąć z niego określenie "wszechstronna", chyba że podejdziemy do tego na zasadzie "reklama dźwignią handlu". Po drugie, jeśli zacytować fragment wstępu ze str. 21:
"Zamierzeniem autora jest prezentacja historii Bałdowa, Knybawy i Czyżykowa w jak najszerszym zakresie, włączając w to także wątki architektury i budownictwa, a także – w ograniczonym stopniu – genealogię i wybrane biogramy."
to można raczej dojść do wniosku, że nie jest to publikacja historyczna w bardzo szerokim zakresie, lecz monografia łącząca wybrane aspekty dziejów miejscowości (w tym hipoteczno-katastralne) z wątkami architektoniczno-budowlano-konserwatorskimi i genealogicznymi.
Odniosę się tu w punktach do tego dłuższego fragmentu, bo nie ma chyba sensu dzielić go na części:Michał pisze:Dlatego nie robię tu zasadniczego zarzutu z faktu, że brakuje w tej publikacji opisu życia społecznego (zwłaszcza w XIX i XX wieku). Nie mniej jest to pewien dysonans, że w tak obszernej pracy, ważne wydarzenia, tak w skali lokalnej, jak i globalnej, są jedynie wspominane przy okazji ich wpływu na zmiany własnościowe. A jakieś „obrazki z życia codziennego” pojawiają się niezwykle rzadko i chyba dość przypadkowo. (...)
Co, paradoksalnie zwiększa odczucie niedosytu, czy wręcz irytacji, gdy obszernie opisując przemiany własnościowe w takim międzywojniu praktycznie milczeniem zbywa cały rozległy proces stawania się takiego Czyżykowa częścią miasta i zachodzącymi tu przemianami społecznymi. Czego kapitalnym przykładem jest na przykład fragment wspomnień (przytaczanej parukrotnie) Anny Łajming, dotyczącej wyboru przez nią mieszkania w budującej się kamienicy na Bałdowskiej. Tylko, że jest on całkowicie wyprany z kontekstu tak podejmowania decyzji o zamieszkaniu „w szczerym polu na obrzeżach miasta”, jak późniejszej egzystencji kaszubskiej pisarki w tej lokalizacji. Jakby to sam akt kupna był tu najważniejszą, czy wręcz jedyną godnym przytoczenia informacją w tej sprawie. Gdy tymczasem w jej wspomnieniach przy tej okazji jest mnóstwo „historycznego mięsa” mogącego dać bardzo ciekawy i poszerzający naszą wiedzę kontekst rozbudowy Tczewa w tym rejonie. Pisząc krótko, pogłębia to odczucie trudności lektury, gdzie spod zalewu informacji o spadkach, sprzedażach, kredytach i licytacjach trudno momentami się zorientować do takiego w tej Knybawie, czy Czyżykowie się działo i jak wyglądało tam życie zwykłych ludzi w danym okresie.
Nie mniej przyjmując nawet z dobrodziejstwem inwentarza te wybory Autora, to jednak należy mu postawić jeden mocny zarzut: gdzieś w swoich wywodach zgubił Wisłę. Mamy tu niby jakieś informacje, tak o samej rzece, jak i związanym z nią życiem: w kontekście gospód, cegielni itd., ale nawet jak weźmiemy pod uwagę tylko wątki prawno-własnościowe, to jednak brakuje nam informacji o wpływie życia nad rzeką na tego typu miejscowości, problemy graniczne związane z wylewami i zmianami nurtu, historii przepraw, rybactwa czy w końcu mostu łyżwowego w XIX wieku (który pojawia się nieco deus ex machina przy okazji całkiem innych rozważań). Jakby ukoronowaniem tego swoistego przemilczenia wiślanych kontekstów jest traktowanie przez Autora bardzo precyzyjnej i popularnej w naszym regionie nazwy terenu zalewowego „bursztych” tylko jako nazwy własnej, co zmienia w paru miejscach wydźwięk źródeł. I to zepchnięcie Wisły na bardzo daleki plan należy potraktować jako spore niedociągnięcie, bo co najmniej do ostatnich dekad XIX wieku to właśnie sąsiedztwo wielkiej rzeki miało przemożny wpływ, zwłaszcza na życie w Knybawie i Czyżykowie.
1. Publikacja zamknęła się w 724 stronach i to przy zastosowaniu pewnych ustępstw, np. rezygnacji z odstępów 1,5 linii na rzecz pojedynczych, a także zmniejszenie rozmiaru czcionki Calibri z 11-tki do 10,5, a w przypisach z 10-tki do 9-tki. Proszę sobie wyobrazić, jak duża musiałoby to być praca, gdyby chcieć w niej uwzględnić inne wątki. A przecież tu w grę wchodzą koszty i ograniczone zasoby finansowe nawet przy wsparciu instytucji samorządowych Można by oczywiście podnieść kwestię, dlaczego opisuję problematykę dworów szlacheckich i siedzib rycerskich, a pomijam wątek wsi nadwiślańskich i życia społecznego? Pewnie dlatego, że raz - dworki stanowią moją pasję, a dwa - brakuje dogłębnego omówienia tematyki siedzib dworskich (zwłaszcza poszlacheckich) dla obszaru Pomorza Gdańskiego. Choć teraz dostrzegam, iż rozdział musiałby zostać ponownie zredagowany i w kilku obszarach skorygowany, nie żałuję podjęcia tych wątków, nawet kosztem innych dziedzin.
2. Mając świadomość, że same dzieje nieruchomości zostawiają spory niedosyt odnośnie całego otoczenia, jednocześnie biorąc pod wzgląd ogrom danych gruntowych do opracowania i ograniczenia w liczbie stron publikacji, zdecydowałem się pójść poniekąd na łatwiznę i odesłać Czytelnika w niektórych obszarach do literatury przedmiotu. Mowa o tym wyraźnie we wstępie, gdzie podane są źródła (s. 24-25). Książka obejmuje bowiem szeroki przekrój czasowy - gdyby chcieć jeszcze opatrywać to szerokim komentarzem, to po pierwsze zajęłoby to dodatkowe miesiące na studiowanie, to jeszcze zwiększyłoby i tak opasłą już publikację. Mimo uwag Michała Kargula nie jestem przekonany do takich uzupełnień w tym konkretnie przypadku, ale doszedłem do wniosku, że w ramach rekompensaty powinienem rozszerzyć literaturę tematyczną, do której odsyłam zainteresowanego Czytelnika. W pierwszej kolejności powinno to objąć wspomnianą przez Autora recenzji Wisłę, czy bardziej precyzyjnie - specyfikę wsi nadwiślańskich. Jak przypuszczam - nie będzie tu - pomijając wątki cegielni czy prawnej strony dóbr rycerskich - aż tak dużej różnicy między Czatkowami a Knybawą czy Gorzędziejem. Problem leży w tym, iż nie znalazłem monografii, stricte omawiającej wątki, które M. Kargul wymienił. Jest np. pozycja prof. Tomasza Krzemińskiego, ale odnosząca się do mniejszych miast Pomorza Nadwiślańskiego z przełomu XIX/XX w., a nie do wsi. Być może w poszczególnych tomach "Historii Pomorza" coś by się znalazło. Za wszelkie podpowiedzi będę wdzięczny.
3. Książkę-cegłę o Bałdowie, Knybawie i Czyżykowie, która koncentruje się na tematyce historycznej oraz budowlano-konserwatorskiej, napisała jedna osoba, która do tego nie jest z wykształcenia ani historykiem, ani architektem czy inżynierem budownictwa, nie wspominając o konserwatorstwie. Kilkusetstronicową "Historię Tczewa" z 1998 r. przygotowała grupa profesjonalnych historyków-naukowców z Wiesławem Długokęckim na czele. Tak samo tomy "Historii Gdańska" pod redakcją prof. Edmunda Cieślaka pisali w latach 1978-1993 specjaliści od różnych dziedzin (w tym prof. J. Stankiewicz - historyk architektury i konserwator zabytków). Nie inaczej jest przy aktualnie prowadzonym projekcie Muzeum Gdańska pn. "Historia Gdańskich Dzielnic", gdzie w ramach poszczególnych tomów publikowane są teksty tematyczne osób o bardzo zróżnicowanej specjalizacji.
Czy tak właśnie nie powinno być u nas - w kolejnych większych publikacjach, o szerokiej tematyce dotyczącej historii Tczewa i okolicznych miejscowości? Czy właśnie praca zbiorowa nie byłaby pożądanym kierunkiem? Moim zdaniem tak i z pewnością rezultat tego rodzaju współdziałania byłby znacznie lepszy i pozbawiony opisywanych mankamentów. Wykorzystując bowiem potencjał naszych kompetentnych historyków, np. takich jak dr Michał Kargul, dr Marcin Kłodziński czy dr Krzysztof Korda i innych osób (ze środowiskowa naukowego oraz pasjonatów), które wyraziłyby zainteresowanie, w połączeniu np. z moimi badaniami historycznymi nieruchomości, mogłoby powstać znacznie bardziej profesjonalnie przygotowane opracowanie.
Odrębna sprawa to zebranie zespołu, ustalenie i trzymanie się harmonogramu prac oraz sfinansowanie takiego przedsięwzięcia, ale może to jest coś, nad czym należałoby się pochylić, biorąc za przykład chociażby praktyki miasta Gdańska czy Tczewa za czasów prezydentury Zenona Odyi.
PS. Takie recenzje jak Arkadiusza Wełniaka czy Michała Kargula bardzo pomagają, jeśli autor ocenianej publikacji pozostaje otwarty na argumenty. Pozwalają na wskazanie słabych punktów i ich poprawę albo nawet uwzględnienie w przyszłości przy okazji innej pracy. A piszę o tym nie przez przypadek, bo są też takie podejścia niektórych środowisk, gdzie można dostać multum minusów (bez konkretnej opinii) już za sam fakt, że się publikację wydało. Najbardziej jaskrawy przykład to ogłoszenie na Tczewska.pl ("Wędrujące dwory Kociewia"), gdzie książka dostała niemal same kciuki w dół jeszcze zanim weszła do sprzedaży.
- Ocena: 12.5%
