Dwie sprawy.
Po pierwsze należy pamiętać o tym, kto ma jakie życiowe doświadczenia, bo to często naprawdę ułatwia zachowań różnych osób. Mimo nie tak wielu znowu lat, to pamiętam np. sytuacje, gdy ludzie związani z minionym systemem, nie chcieli za bardzo rozmawiać z młodymi historykami, gdyż uważali, że z urzędu manipulują oni najnowszymi dziejami chcąc w jak najczarniejszych barwach pokazać ich osoby. Trzeba było nie lada wysiłku, by kogoś przekonać, że nie chce się go spalić na stosie.
Ergo śmiem przypuszczać, że reakcja radnego Motasa raczej wynika z jego doświadczeń i przekonań, niż chęci zdobycia punktów wyborczych.
Po drugie zaś niezależnie od życiowych doświadczeń, przekonań, funkcji itp, itd., każdy kto mówi jakąś bzdurę musi się liczyć z konsekwencjami. Pan Motas już je poniósł - został ośmieszony, bo okazało się, że nie dość, iż z armaty strzela do wróbla, to na dodatek zrobił to, nie patrząc nawet do czego strzela.
Tematy poświęcone dziejom najnowszym zawsze są kontrowersyjne. Nierzadko żyją ciągle bohaterowie tych zdarzeń lub ich najbliższe rodziny, którzy całkiem odmiennie od dokumentów, czy stanu faktycznego, pamiętają różne fakty i emocjonalnie reagują na opisywanie ich inaczej. Czasem jakieś fakty można różnie interpretować, czy oceniać (klasyczny przykład ocena Powstania Warszawskiego). W jednym, czy drugim wypadku jak padają jakieś argumenty, to można podjąć polemikę.
Czasem jednak wyskoczy ktoś jak przysłowiowy Filip z konopi, rzucając fantazyjne oskarżenie, wobec ludzi piszących, lub mówiących o jakimś fakcie. Nie dalej niż cztery lata temu w królewskim mieście Tczewie, pewna pani wygłaszała kilkunastominutową filipikę zarzucając m.in. mojej osobie, że zapomnieliśmy o II wojnie światowej i niemieckich zbrodniach promując takich Niemców jak ci Foersterowie. W nieodległym Gdańsku także "w twarz" usłyszałem zarzut, że nie mają prawa wypowiadać się o sprawach ważnych dla naszego kraju potomkowie zdrajców, którzy służyli w Wehrmachcie itp. itd.
Ale, jak mawiał Lech Bądkowski, dla bojaźliwych nie ma litości. Jak się zajmujemy tematem, który może wzbudzać emocje, to nie możemy się zdziwić, jak nam taki "Filip" gdzieś wyskoczy.
Tylko pytanie brzmi, czy w takiej sytuacji należy udowadniać, że się nie jest wielbłądem? Pisać protesty, listy otwarte, czy obszerne wyjaśnienia?
Tutaj mamy na szczęście dość klarowną sytuację. Radny palnął bzdurę, którą natychmiast, jeszcze na radzie miasta została mu wytknięta. Na dodatek opisała to gazeta. Jak doczyta i znajdzie jakieś argumenty, które pozwolą mu się jakoś z owej bzdury wytłumaczyć, to może będzie się do czegoś merytorycznego odnosić.
Na razie nie ma po prostu o czym mówić i cała sprawa nadaje się do "głupawek z miasta". Zaś kwestia ewentualnych przeprosin to już problem zdolności honorowych Pana Radnego, a nie Marcina, czy nasz.
Lojalnie jednak ostrzegam, że to ani pierwszy, ani ostatni takowy wypadek. Ciut jedynie głośniejszy, bo wypowiedziany w obecności mediów. Znamy prominentnych ludzi, którzy np. opinie o działalności stowarzyszenia wyrabiają sobie jedynie na podstawie jego nazwy (ot nasz zetkapowski przypadek), czy wiedzę na tematy historyczne czerpią jedynie z instrukcji partyjnych czy organizacyjnych.
Jak chcemy się historią zajmować, to skórę musimy mieć grubą.
