Pan Jan
: 27 cze 2014, o 20:08
Nasz bohater, Pan Jan, był postacią dość niepozorną. Na pierwszy rzut oka wydawał się być jedną z tych osób, które nie zapisują się na kartach historii, ginąc w jej odmętach. Na co dzień uczył w jednej z tczewskich szkół powszechnych. W przeciwieństwie do wielu nauczycieli z grodu Sambora, nie szukał swoich szans w polityce. Tczew miał być dla niego i żony spokojnym, położonym na uboczu, przystankiem po strasznej zawierusze wojennej. Nie znaczy to, że stronił od ludzi. Podobno jednym z jego znajomych był Pan Tadeusz, zastępca szefa Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Tczewie. Wkrótce wszystko miało się zmienić.
Komuniści, dążąc do likwidacji podziemia antykomunistycznego, ogłosili w lutym 1947 r. amnestię. W całym kraju dziesiątki tysięcy walczących o niezawisłość Polski żołnierzy postanowiło, nie widząc już szans na zwycięstwo, skorzystać z „gestu” władz. Jakież musiało być zdziwienie tczewskich notabli, kiedy w połowie kwietnia przed obliczem Komisji Amnestyjnej stanął właśnie Pan Jan. Wówczas nasz niepozorny nauczyciel oświadczył, że nie jest Janem, a Władysławem (oczywiście również o innym nazwisku). Dalsza część wypowiedzi Pana Jana/Władysława dopełniała już tylko stan konsternacji, w jakiej zapewne znaleźli się członkowie Komisji. Jak się okazało nasz bohater do 1945 r. był szefem Wydziału I Komendy Okręgu Narodowego Zjednoczenia Wojskowego w Białymstoku.
„Oczyszczony” w imieniu prawa ze swoich „win” Pan Władysław wkrótce opuścił Tczew. Przeniósł się do Warszawy. Po paru latach powróci na Białostocczyznę, aby spełnić najtragiczniejszą rolę w swoim życiu – próbę rozbicia oddziału słynnego „Huzara”. Ostatecznie jednak porzucił te plany, ujawniając całą intrygę UB przed kontynuującymi walkę z komunistami żołnierzami. Dla jego byłych współtowarzyszy broni z podziemia kara za zdradę była jednak tylko jedna. I tak nasz spokojny nauczyciel, Pan Jan, spoczął na białostockiej ziemi, uznany przez obie strony za zdrajcę.
Komuniści, dążąc do likwidacji podziemia antykomunistycznego, ogłosili w lutym 1947 r. amnestię. W całym kraju dziesiątki tysięcy walczących o niezawisłość Polski żołnierzy postanowiło, nie widząc już szans na zwycięstwo, skorzystać z „gestu” władz. Jakież musiało być zdziwienie tczewskich notabli, kiedy w połowie kwietnia przed obliczem Komisji Amnestyjnej stanął właśnie Pan Jan. Wówczas nasz niepozorny nauczyciel oświadczył, że nie jest Janem, a Władysławem (oczywiście również o innym nazwisku). Dalsza część wypowiedzi Pana Jana/Władysława dopełniała już tylko stan konsternacji, w jakiej zapewne znaleźli się członkowie Komisji. Jak się okazało nasz bohater do 1945 r. był szefem Wydziału I Komendy Okręgu Narodowego Zjednoczenia Wojskowego w Białymstoku.
„Oczyszczony” w imieniu prawa ze swoich „win” Pan Władysław wkrótce opuścił Tczew. Przeniósł się do Warszawy. Po paru latach powróci na Białostocczyznę, aby spełnić najtragiczniejszą rolę w swoim życiu – próbę rozbicia oddziału słynnego „Huzara”. Ostatecznie jednak porzucił te plany, ujawniając całą intrygę UB przed kontynuującymi walkę z komunistami żołnierzami. Dla jego byłych współtowarzyszy broni z podziemia kara za zdradę była jednak tylko jedna. I tak nasz spokojny nauczyciel, Pan Jan, spoczął na białostockiej ziemi, uznany przez obie strony za zdrajcę.