"Nigdy nie miałem w sobie nic z bohatera"
: 26 lis 2014, o 00:10
Pan Stanisław urodził się w grodzie Sambora w 1928 r. Jako syn kolejarza wychował się na ul. Gdańskiej. Zawsze powtarzał, iż jego dzieciństwo było dostatnie i szczęśliwe. W szkole – jak sam wspominał – nigdy nie był orłem. Czas wolny, bardziej niż nad książkami, wolał spędzać na grze w piłkę z kolegami i na wycieczkach. Z rozrzewnieniem opowiadał o swojej podróży do powstającej Gdyni i swoim zachwycie nowoczesnym miastem.
Jego życie, tak jak bardzo wielu innych osób, drastycznie odmieniła wojenna zawierucha.
Rozpoczęte 1 września walki przerwały planowaną przez jego matkę (ojciec zmarł rok wcześniej) ucieczkę do Wilna, gdzie mieszkała ich rodzina. Wkrótce jednak i tak mieli opuścić gród Sambora. Decyzją hitlerowskich władz okupacyjnych Pan Stanisław wraz z matką został wysiedlony z Tczewa. Sam bardzo nie lubił o tym mówić. W pierwszych dniach listopada 1939 r. – jak wspominał – został wywieziony do Gniewu, skąd, po bardzo wielu perypetiach, znalazł się wraz z matką w Warszawie. W swoim nowym miejscu zamieszkania żyli na skraju ubóstwa. Pan Stanisław starał się podejmować różnych prac dorywczych, aby wspomóc próbującą utrzymać rodzinę matkę. Nie włącza się w działalność konspiracyjną. Pytany przeze mnie: „Dlaczego on, jako przedwojenny harcerz, tak jak wielu jego rówieśników, nie brał udziału w szeroko pojętej walce z Niemcami?” – odpowiadał, iż: „nie byłem do tego stworzony. Nigdy – jak sam mówił – nie miałem w sobie nic z bohatera. […] Nie chciałem żeby matka została sama”. Gdy wybucha Powstanie Warszawskie ukrywa się wraz matką, na której zdrowiu okres ten ogromnie się odbija. Wysiedleni przez Niemców z Warszawy doczekują wejścia wojsk sowieckich. Po kilu miesiącach, które były potrzebne na podreperowanie stanu zdrowia matka Pana Stanisława, postanawiają wrócić, w połowie 1945 r., do rodzinnego Tczewa. Jednak – jak wspominał – nie poznał on w lecie 1945 r. miasta swego dzieciństwa. Powtarzał przy tym, iż nie chodziło o gruzy budynków, ale o ludzi. Zdawkowo stwierdzał: „Nikt nikogo nie znał”. Wspominał, iż w mieście pojawiły się setki, tysiące nowych ludzi. Najbardziej jednak widoczne było to – jak twierdził – że nie poznawali się sąsiedzi sprzed wojny. Podobno długo była odczuwalna „zapora” pomiędzy wysiedlonymi, a tymi, którzy pozostali. Nie był to jednak jedyny problem Pana Stanisława. Ich dawne mieszkanie na ul. Gdańskiej zostało zasiedlone przez nową rodzinę. Dopiero dzięki interwencji jednego z przedwojennych działaczy społecznych, Michała Oprychała (współtowarzysza broni ojca Pana Stanisława z Powstania Wielkopolskiego), udało im się uzyskać jednopokojowe lokum na ul. Królewieckiej (obecnie Chopina).
Do powojennej rzeczywistości Pan Stanisław miał – jak sam to określał – „stosunek obojętny”. W rozmowie ze mną stwierdzał, iż chciał tylko żyć normalnie po latach wojennej zawieruchy, przyjmując wówczas, tak jak w swoim „warszawskim” okresie, zasadę „nie angażowania się”. Dopytywany przeze mnie o stosunek do obserwowanego przez niego terroru komunistycznego, łamania wszelkich norm prawnych i moralnych przez sowietów i funkcjonariuszy aparatu represji, odpowiadał: „Myślałem wtedy, że to mnie nie dotyczy. […] Nie będę się >>wychylał<<, to będę miał spokój”. Niedaleka przyszłość jednak pokazał, iż w dobie nowej rzeczywistości taktyka taka była skazana na porażkę.
Wchodząc w dorosłe życie Pan Stanisław złożył swój akces do PPR. Sam powtarzał, iż zrobił to tylko „dla siebie”, dla korzyści. Twierdził przy tym –co potwierdzają zachowane archiwalia – że nie należał do aktywnych członków partii. Pozwoliło mu to jednak na wyreklamowanie się od służby wojskowej, a także uzyskanie mieszkania i angażu w Technicznej Obsłudze Rolnictwa (późniejsze „Polmo”). Na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych przeniósł się jednak do Pomorskiej Fabryki Gazomierzy. Decyzja ta miała okazać się kluczowa dla jego dalszych losów.
W 1951 r. Pan Stanisław został wezwany do biura zakładowego personalnika. Tam oczekiwał na niego mężczyzna w garniturze, który okazał się być funkcjonariuszem UB. Po krótkie rozmowie zażądał od Pana Stanisława, aby ten złożył obciążające zeznania na brygadzistę wydziału fabrycznego, na którym pracował (brygadzistę oskarżano o to, iż rzekomo przez swoje decyzje sabotuje wykonanie planów produkcyjnych. Ku zdziwieniu funkcjonariusza Pan Stanisław – wiedząc, iż zarzuty są nieprawdziwe – odmówił. Za swoją decyzję jednak musiał zapłacić. Po kilku tygodniach, za „brak czujności klasowej” został wykluczony z PZPR. Niedługo potem został dyscyplinarnie zwolniony pracy za rzekome powodowanie przestojów w pracy. Za to też został na krótko aresztowany. Wkrótce po tych wydarzeniach przeniósł się z rodziną do Gdańska”.
Gdy usłyszałem tę opowieść po raz pierwszy, zapytałem Pana Stanisława: „Dlaczego ktoś, kto nie chciał >>wychylać się<<, zdecydował się na coś takiego?”. Jego odpowiedź pamiętam do dzisiaj: „Jest taka granica ku…twa, co jej się nie przekracza”.
Zaprezentowana Państwu historia od ponad trzech lat kołacze się gdzieś z tyłu głowy. W ostatnią sobotę, dość przypadkowo, dowiedziałem się, że Pan Stanisław zmarł na początku listopada.
Jego życie, tak jak bardzo wielu innych osób, drastycznie odmieniła wojenna zawierucha.
Rozpoczęte 1 września walki przerwały planowaną przez jego matkę (ojciec zmarł rok wcześniej) ucieczkę do Wilna, gdzie mieszkała ich rodzina. Wkrótce jednak i tak mieli opuścić gród Sambora. Decyzją hitlerowskich władz okupacyjnych Pan Stanisław wraz z matką został wysiedlony z Tczewa. Sam bardzo nie lubił o tym mówić. W pierwszych dniach listopada 1939 r. – jak wspominał – został wywieziony do Gniewu, skąd, po bardzo wielu perypetiach, znalazł się wraz z matką w Warszawie. W swoim nowym miejscu zamieszkania żyli na skraju ubóstwa. Pan Stanisław starał się podejmować różnych prac dorywczych, aby wspomóc próbującą utrzymać rodzinę matkę. Nie włącza się w działalność konspiracyjną. Pytany przeze mnie: „Dlaczego on, jako przedwojenny harcerz, tak jak wielu jego rówieśników, nie brał udziału w szeroko pojętej walce z Niemcami?” – odpowiadał, iż: „nie byłem do tego stworzony. Nigdy – jak sam mówił – nie miałem w sobie nic z bohatera. […] Nie chciałem żeby matka została sama”. Gdy wybucha Powstanie Warszawskie ukrywa się wraz matką, na której zdrowiu okres ten ogromnie się odbija. Wysiedleni przez Niemców z Warszawy doczekują wejścia wojsk sowieckich. Po kilu miesiącach, które były potrzebne na podreperowanie stanu zdrowia matka Pana Stanisława, postanawiają wrócić, w połowie 1945 r., do rodzinnego Tczewa. Jednak – jak wspominał – nie poznał on w lecie 1945 r. miasta swego dzieciństwa. Powtarzał przy tym, iż nie chodziło o gruzy budynków, ale o ludzi. Zdawkowo stwierdzał: „Nikt nikogo nie znał”. Wspominał, iż w mieście pojawiły się setki, tysiące nowych ludzi. Najbardziej jednak widoczne było to – jak twierdził – że nie poznawali się sąsiedzi sprzed wojny. Podobno długo była odczuwalna „zapora” pomiędzy wysiedlonymi, a tymi, którzy pozostali. Nie był to jednak jedyny problem Pana Stanisława. Ich dawne mieszkanie na ul. Gdańskiej zostało zasiedlone przez nową rodzinę. Dopiero dzięki interwencji jednego z przedwojennych działaczy społecznych, Michała Oprychała (współtowarzysza broni ojca Pana Stanisława z Powstania Wielkopolskiego), udało im się uzyskać jednopokojowe lokum na ul. Królewieckiej (obecnie Chopina).
Do powojennej rzeczywistości Pan Stanisław miał – jak sam to określał – „stosunek obojętny”. W rozmowie ze mną stwierdzał, iż chciał tylko żyć normalnie po latach wojennej zawieruchy, przyjmując wówczas, tak jak w swoim „warszawskim” okresie, zasadę „nie angażowania się”. Dopytywany przeze mnie o stosunek do obserwowanego przez niego terroru komunistycznego, łamania wszelkich norm prawnych i moralnych przez sowietów i funkcjonariuszy aparatu represji, odpowiadał: „Myślałem wtedy, że to mnie nie dotyczy. […] Nie będę się >>wychylał<<, to będę miał spokój”. Niedaleka przyszłość jednak pokazał, iż w dobie nowej rzeczywistości taktyka taka była skazana na porażkę.
Wchodząc w dorosłe życie Pan Stanisław złożył swój akces do PPR. Sam powtarzał, iż zrobił to tylko „dla siebie”, dla korzyści. Twierdził przy tym –co potwierdzają zachowane archiwalia – że nie należał do aktywnych członków partii. Pozwoliło mu to jednak na wyreklamowanie się od służby wojskowej, a także uzyskanie mieszkania i angażu w Technicznej Obsłudze Rolnictwa (późniejsze „Polmo”). Na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych przeniósł się jednak do Pomorskiej Fabryki Gazomierzy. Decyzja ta miała okazać się kluczowa dla jego dalszych losów.
W 1951 r. Pan Stanisław został wezwany do biura zakładowego personalnika. Tam oczekiwał na niego mężczyzna w garniturze, który okazał się być funkcjonariuszem UB. Po krótkie rozmowie zażądał od Pana Stanisława, aby ten złożył obciążające zeznania na brygadzistę wydziału fabrycznego, na którym pracował (brygadzistę oskarżano o to, iż rzekomo przez swoje decyzje sabotuje wykonanie planów produkcyjnych. Ku zdziwieniu funkcjonariusza Pan Stanisław – wiedząc, iż zarzuty są nieprawdziwe – odmówił. Za swoją decyzję jednak musiał zapłacić. Po kilku tygodniach, za „brak czujności klasowej” został wykluczony z PZPR. Niedługo potem został dyscyplinarnie zwolniony pracy za rzekome powodowanie przestojów w pracy. Za to też został na krótko aresztowany. Wkrótce po tych wydarzeniach przeniósł się z rodziną do Gdańska”.
Gdy usłyszałem tę opowieść po raz pierwszy, zapytałem Pana Stanisława: „Dlaczego ktoś, kto nie chciał >>wychylać się<<, zdecydował się na coś takiego?”. Jego odpowiedź pamiętam do dzisiaj: „Jest taka granica ku…twa, co jej się nie przekracza”.
Zaprezentowana Państwu historia od ponad trzech lat kołacze się gdzieś z tyłu głowy. W ostatnią sobotę, dość przypadkowo, dowiedziałem się, że Pan Stanisław zmarł na początku listopada.